Referendum dla obywateli

Czy mamy w Polsce demokrację? Tak, ale tylko częściową, pozorną, raz na kilka lat, w czasie wyborów. Między wyborami politycy, działacze, aktywiści mają nas w głębokim poważaniu.

Na spotkaniu „Referenda dla obywateli”, współorganizowanym w Łodzi przez Solidarność i Instytut Spraw Obywatelski (ISPRO), coraz prężniej działający think tank z centralą w Łodzi, sporo mówiło się o tym, co dzieje się w Warszawie. I to, niestety, niedobrze i nieprzypadkowo. Mówiło się źle nie o samej stolicy, ale o ludziach, którzy tu działając, psują demokrację w Polsce. W szczególności o wezwaniu do bojkotu referendum w sprawie odwołania prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz. Zrobiły to dwie najważniejsze osoby w państwie: premier Donald Tusk i prezydent Bronisław Komorowski. Ci, którzy powinni wzywać do korzystania, a nie omijania demokracji.
Ale mówiono także o samej Hannie Gronkiewicz-Waltz, która nagle, zagrożona referendum i perspektywą odwołania przed upływem kadencji, zaczęła działać: zablokowała powszechnie krytykowane wysokie nagrody dla swoich współpracowników, zaczęła odwoływać wysokich urzędników za nieudolność, zaczęła zgłaszać ciekawe pomysły i… rozmawiać z ludźmi. Czyli zaczęła robić to, co już dawno – wszak rządzi od siedmiu lat – powinna. Ten nagły ruch w warszawskim ratuszu to także efekt działania demokracji bezpośredniej.

Łódź, Warszawa, wspólna sprawa
W Warszawie – podkreślano w Łodzi – skupiło się sporo z tego, co w systemie III RP jest krytykowane. W szczególności to, że w naszej demokracji jest… niedemokratycznie. Sporo i dobitnie mówił o tym w Łodzi Piotr Duda, przewodniczący Solidarności, odwołując się do konkretnych przykładów z niedalekiej przeszłości. Solidarność zebrała sporo, ponad 2 miliony podpisów w sprawie referendum na temat wieku emerytalnego. Ale rządząca koalicja zignorowała obywateli. Żądanie przeprowadzenia referendum, razem z zebranymi podpisami, trafiło do kosza, a reprezentacja związku, w tym sam przewodniczący, nie zostali nawet wpuszczeni do parlamentu, żeby przedstawić swoje argumenty.
Zignorowano także ponad 300 tys. podpisów pod – przygotowanym przez związkowców – projektem zmiany ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę. Zignorowano także kilkaset tysięcy podpisów w sprawie zablokowania obniżenia wieku szkolnego. Czy można się dziwić, że Solidarność, wspomagana przez wiele organizacji społecznych – od lewa przez centrum do prawa – chce zmienić zapisy dotyczące referendów? Czy można dziwić się mocnym słowom lidera związku wypowiedzianym na spotkaniu w Łodzi? Czyż nie miał racji szef Solidarności, mówiąc, że rządzący traktują Polaków jak bydło wyborcze?
– Mamy raz na cztery lata iść na wybory, zagłosować i to wszystko. To cała demokracja – mówił Piotr Duda. – Chcemy przywrócić Polakom więcej wolności, demokracji, których mamy coraz mniej. Dziś demokracja jest dla polityków. A powinna być dla wszystkich obywateli. Rządzący zamiast się cieszyć, że próbujemy podejmować różne inicjatywy, chcą je ukrócić, zamknąć nam usta – mówił Piotr Duda.

Martwa demokracja
Tymczasem, jak argumentuje przewodniczący, żeby zostać posłem, wystarczy poparcie 1 proc. wyborców. A poseł, który dostanie 10 proc. głosów w swoim okręgu, i przy byle jakiej frekwencji wyborczej, wprost chlubi się, że jest wybrańcem narodu, że za nim stoją wyborcy. Jak to porównać z zebraniem kilkuset czy nawet miliona podpisów pod projektem w sprawie referendum?
– Posłowie, którzy dostali 5–7 tysięcy głosów w swoich okręgach wyborczych, mówią, że nikt – nawet jeśli zebrał 500 tys., półtora miliona podpisów, nie będzi im dyktować, co mają robić – mówi Piotr Duda. – Kto więc kogo reprezentuje?! My żądamy więcej demokracji i więcej wolności dla Polaków.
Referendum może gwarantować to „więcej”. Tyle że prawo regulujące referenda musi być zmienione. Dziś obowiązujące skutecznie ułatwia rządzącym niedopuszczenie do nich. Sejm większością głosów, może je odrzucić, choćby podpisali się pod nim wszyscy obywatele. Zdaniem Rafała Górskiego, prezesa Instytutu Spraw Obywatelskich (ISO) i prowadzącego łódzkie spotkanie, w Polsce referenda służą obecnie partiom politycznym do ich własnych celów, a nie obywatelom.
– Chcemy to zmienić i doprowadzić do sytuacji, kiedy referenda będą używane po to, żeby polepszyć jakość życia zwykłych obywateli, a nie po to, żeby były zagrywką w wojnach politycznych partii rządzącej czy opozycyjnej – mówi Górski. – Chcemy prawdziwej demokracji, a nie obecnej partiokracji czy mediokracji. Chcemy, żeby społeczeństwo miało coś do powiedzenia częściej niż raz na 4 lata i żeby głos obywateli był czymś więcej niż tylko wrzuceniem kartki wyborczej do urny.

Od 500 tys. do miliona
Działaczom ISO zależy na tym, zaznacza Górski, żeby obywatele zaczęli się angażować w politykę, ale rozumianą jako troska o dobro wspólne. Dotychczas bowiem, jak uważa, partie i media robią wszystko, aby zohydzić obywatelom politykę, aby trzymali się od niej jak najdalej, bo to sprzyja utrzymaniu obecnego stanu rzeczy.
– Referenda powinny być okazją do tego, żeby zachęcić ludzi do interesowania się sprawami publicznymi na co dzień w sposób aktywny, nie tylko poprzez narzekanie na boku – mówi. – Żeby było to możliwe, ludzie muszą być pewni, że mogą mieć wpływ na to, co dzieje się w ich własnym kraju. W konstytucji zapisano, że władza zwierzchnia należy do narodu, który sprawuje ją bezpośrednio lub poprzez swoich przedstawicieli. W praktyce działa tylko ta druga część. Demokracja bezpośrednia, czy to w przypadku referendum, czy obywatelskich projektów ustaw jest martwa.
Społeczny projekt zmian w prawie dotyczącym referendów krajowych miałby zakładać, że Sejm miałby obowiązek zarządzić przeprowadzenie referendum, kiedy pod wnioskiem podpisze się 500 tys. – milion obywateli, by został zniesiony wymóg frekwencji (dziś, żeby referendum krajowe było ważne, frekwencja musi być wyższa niż połowa uprawnionych do głosowania), referenda nie były łączone z wyborami, a okres zbiórki podpisów pod referendum miałby wynosić 12 miesięcy (a nie kilka miesięcy, jak teraz).
– W pierwszej sprawie – chodzi o liczbę podpisów – różnimy się na razie z „S” – mówi prezes Rafał Górski. – Solidarność chciałaby miliona podpisów, my, optujemy za 500 tysiącami. Uważamy, że milion to za dużo. Tyle głosów może zebrać tylko dobrze zorganizowana, ogólnopolska struktura, taka, jaką jest związek. My chcielibyśmy, żeby próg referendalny mogły także przekroczyć mniejsze organizacje, niemające takich struktur. Ale ta rozbieżność jest do pokonania.
Omawiając propozycje zmian w prawie o referendach przygotowane przez PiS i Solidarną Polskę, Piotr Ciompa, ekspert ISO, podkreślił, że błędem jest utrzymanie progów frekwencyjnych. – Nie może być mowy o progu frekwencyjnym, tak jak to stanowią projekty polityków: 50 proc. w opinii PiS i 30 proc. Solidarnej Polski. Niewzięcie udziału jest rezygnacją z głosu – zaznaczył.

Obywatele decydują
Część założeń byłaby podobna do obecnych rozwiązań. Potrzebne są np. dotychczasowe zabezpieczenia. Sporo mówił o tym Piotr Ciompa. Tak jak demokracja, tak i referenda mają swoje zagrożenia – zwrócił uwagę. Nawiązał do tego przewodniczący Piotr Duda.
– W prawie dotyczącym referendum są i powinny być obostrzenia dotyczące spraw, które nie powinny być poddawane referendum. Obronność, stosunki międzynarodowe, amnestia, podatki, daniny – zaznaczył.
Uczestnicy spotkania w Łodzi wzięli udział w happeningu – rozbijaniu betonu partyjnego. Betonowa płyta z napisem „Partyjny beton” czekała przed budynkiem, w którym odbywało się łódzkie spotkanie. Organizatorzy rozdali młotki, którymi można było rozbijać tablicę. Wśród pierwszych, którzy ich użyli byli Piotr Duda i Rafał Górski, prezes ISO. Rozbijali też beton Waldemar Krenc, obecny szef łódzkiej Solidarności i Andrzej Słowik, były przewodniczący. Po usunięciu gruzu na płycie ukazało się logo akcji „Referenda dla obywateli” oraz napis „Obywatele decydują”.
Obywatelski projekt ustawy o referendach ma być gotowy we wrześniu. Pracami kieruje ekspert Komisji Krajowej „S”, prof. Marcin Zieleniecki z Uniwersytetu Gdańskiego. 

Wojciech Dudkiewicz, "Tygodnik Solidarność'

© 2019 UKSW Wszelkie prawa zastrzeżone